Gdy kurz bitewny opadł na polach pod Wiedniem, a skrzydlate husarie odeszły do legendy, Jan III Sobieski mógł sądzić, że oto Rzeczpospolita zyskała nieśmiertelny prestiż i niczym niezagrożoną suwerenność. Zwycięzca potęgi ottomańskiej, obrońca chrześcijańskiej Europy – jego głos powinien rozbrzmiewać donośnie w radzie monarchów i w własnym sejmie. Tymczasem rzeczywistość, z którą musiał się mierzyć w kolejnych latach panowania, była gorzkim lekarstwem. Była to rzeczywistość państwa, którego elity, zaślepione partykularnymi interesami, z uporem godnym lepszej sprawy, podkopywały fundamenty, na których stało.
Dzisiejsza Polska, choć w zupełnie innych realiach geopolitycznych i ustrojowych, zdaje się przeżywać swoisty renesans tamtych praktyk. Współczesne partyjne stronnictwa, niczym ówcześni magnaci i zrywający sejmy posłowie, z zapamiętaniem kłócą się o przychylność obcych państw i biznesów, by w wewnętrznej rozgrywce zdobyć przewagę, często kosztem zbiorowego interesu Polaków.
Za Sobieskiego: Sejm, który wolał obce złoto niż polską siłę
Jan III Sobieski, wizjoner i żołnierz, marzył o Polsce mocnej, scentralizowanej, zdolnej do trwałej ekspansji i obrony swoich granic. Jego projekty reform ustrojowych, pomysły umocnienia władzy wykonawczej czy próby zapewnienia sukcesji tronu dla syna, raz po raz rozbijały się o mur zdrady i krótkowzroczności.
Magnateria, zafascynowana blaskiem Wersalu lub przytulona do dworu Habsburgów i Hohenzollernów, działała jak agentura obcych mocarstw. Nie potrzebowała tajnych szyfrów – wystarczyła „złota wolność”, liberum veto, które czyniło z sejmu parodię władzy ustawodawczej. Wystarczył jeden poseł, przekupiony saskim, brandenburskim czy rosyjskim złotem, by unicestwić wielomiesięczne prace, zniweczyć reformy i pozostawić armię bez funduszy. To bolało Sobieskiego najbardziej. Widział, jak jego wysiłek na polach bitew jest marnowany w zacisznych pałacach i sejmowych izbach przez tych, którzy za garść talarów i obietnicę protekcji gotowi byli sprzedać przyszłość kraju. Polska była „karczmą zajezdną”, jak miała powiedzieć później, a jej suwerenność – iluzją, za którą płacili zwykli szlachcice i chłopi.
Współcześnie: Globalne lobby zamiast dworów
Dziś nie ma już cesarzy i królów, którzy otwarcie fundują przekupstwo. Są za to potężne centra decyzyjne w Brukseli, Berlinie, Waszyngtonie czy Moskwie. Są globalne korporacje, fundacje i think tanki o niewyobrażalnych budżetach i wpływach. Współczesne „przymilanie się do Niemców” i innych przybiera formę nie tyle bezpośredniego dworowania, ile strategicznego alignementu.
Obserwujemy polityczne elity, które w wewnętrznym dyskursie przedstawiają siebie jako jedynych prawowitych reprezentantów „Zachodu”, „Europy” czy „wartości”. Ich siła argumentu nie płynie jednak z merytorycznej oceny, co jest najlepsze dla polskiego rolnika, hutnika czy małego przedsiębiorcy, lecz z zewnętrznego poparcia. „Bruksela z nami”, „nasi sojusznicy w Waszyngtonie popierają nasze stanowisko” – brzmią współczesne odpowiedniki „Król Francji popiera mój projekt”. To tworzy niebezpieczną zależność: legitymizacja władzy pochodzi nie z mandatu wyborczego i służby obywatelom, ale z aprobaty zewnętrznych graczy.
Z drugiej strony, ich oponenci również grają na arenie międzynarodowej, szukając wsparcia w innych stolicach czy wśród innych koncernów, przedstawiając siebie jako forpocztę suwerenności, często jednak wikłając się w sieć zależności, które tę suwerenność ograniczają. Wojna polsko-polska, podsycana z zewnątrz, jest prowadzona na naszym wspólnym podwórku, a jej stawką są nie tyle idee, co dostęp do unijnych funduszy, korzystne pozycje w łańcuchach dostaw dla zagranicznych koncernów czy militarne umowy, które służą czyjejś geostrategii, niekoniecznie w pierwszym rzędzie naszej.
Biznes nie jest tu niewinnym obserwatorem. Wielkie, ponadnarodowe korporacje doskonale wiedzą, jak inwestować w polityczne wpływy. Finansowanie kampanii, lukratywne posady dla byłych polityków, medialny lobbying – to współczesne odpowiedniki worków z talarami dla magnatów. Cel jest ten sam: zapewnić sobie regulacje prawne, ulgi podatkowe i warunki rynkowe, które maksymalizują zysk, często kosztem lokalnej konkurencji, pracowników czy środowiska naturalnego.
Czy pojawi się współczesny Czarniecki?

W czasach największej opresji, gdy Rzeczpospolita chyliła się ku upadkowi, z mroków historii wyłonił się Stefan Czarniecki. Nie był królem, nie był arystokratą. Był żołnierzem i patriotą w najczystszej postaci. Jego geniusz polegał na tym, że zrozumiał nowy rodzaj wojny – wojny partyzanckiej, narodowej. Nie walczył dla własnej chwały czy majątku, ale dla ocalenia samej idei Polski. Jego „potopowy” rajd, choć nie zawsze zwycięski w polu, podtrzymywał ducha oporu i pokazywał, że naród nie jest biernym obserwatorem zdrady elit.
Czy dziś pojawi się ktoś na jego wzór? Nie chodzi oczywiście o postać z szablą na koniu, ale o przywódcę, który zrozumie nowy rodzaj walki. Walki nie zbrojnej, ale cywilizacyjnej, ekonomicznej i mentalnej.
Współczesny Czarniecki nie musi prowadzić „rajdu na Śląsk”. Jego polem bitwy byłby sejm, sąd, redakcja, uniwersytet i rynek. Jego bronią byłaby niezłomna wola budowania wewnętrznej spójności, a nie szukania zewnętrznych protektorów. To ktoś, kto zamiast patrzeć na wskaźniki giełd w Nowym Jorku czy rozkazy z Brukseli, będzie w pierwszej kolejności wsłuchiwał się w potrzeby swoich obywateli. To przywódca, który zamiast dzielić Polaków dla zdobycia chwilowej politycznej przewagi, będzie ich jednoczył wokół wspólnego, strategicznego celu: budowy Polski nowoczesnej, ale samodzielnej; otwartej, ale nie podległej; silnej, by mogła być równoprawnym, a nie wasalnym partnerem.
Taki współczesny Czarniecki musiałby stawić czoła nie tylko zewnętrznym przeciwnościom, ale przede wszystkim wewnętrznej zdradzie – tym, którzy wolą być wasalami w cudzym, świetnie funkcjonującym imperium, niż obywatelami własnego, wymagającego wysiłku państwa.
Dlatego dzisiejsza lekcja z czasów Jana III Sobieskiego jest bolesna, ale konieczna. Uczy, że żadne zewnętrzne zwycięstwo, żaden sojusz, żaden fundusz nie zastąpi wewnętrznej jedności i suwerennej woli. Dopóki nasze elity będą widziały w Polsce kartę przetargową w globalnej grze, a nie wspólny dom do remontu i umacniania, dopóty będziemy skazani na powtarzanie błędów z przeszłości. Ból Sobieskiego, który patrzył, jak dzieło jego życia rozsypuje się w rękach skorumpowanych współpracowników, może stać się także naszym udziałem. Chyba że… znajdziemy w sobie ducha Czarnieckiego.
Oprac:Stef@Hist

