To nie był kataklizm.
To nie była „śnieżyca stulecia”.
To był 1 stycznia – zima, o której IMGW ostrzegało z wyprzedzeniem.
Mimo to droga ekspresowa S7 zamieniła się w wielogodzinny parking. Setki ciężarówek stanęły na wzniesieniach, tysiące kierowców utknęło w korkach, a pojazdy ratownicze nie mogły dojechać tam, gdzie były potrzebne.
I tu trzeba powiedzieć jasno: to nie była wina kierowców.
Gdzie była GDDKiA?
Drogi ekspresowe mają najwyższy standard zimowego utrzymania.
To oznacza działanie zapobiegawcze, a nie gaszenie pożaru, gdy wszystko już stoi.
Tymczasem pługopiaskarki:
- pojawiły się za późno
- było ich za mało
- nie pracowały profilaktycznie
Efekt? Błotnisty śnieg, ślizgawka, zablokowane tiry i całkowity paraliż.
Strażacy zamiast drogowców
Najbardziej bulwersujące jest to, że rolę zarządcy drogi przejęli strażacy.
PSP i OSP musiały:
- wypychać ciężarówki
- zabezpieczać autokary
- udrażniać zatory
To absurd.
Straż Pożarna nie jest od odśnieżania ekspresówek.
– Jak mamy ratować ludzi, skoro nie możemy do nich dojechać? – pytają ratownicy.
To nie „trudne warunki”. To zaniedbanie
Zrzucanie winy na pogodę to wygodna wymówka.
Zima w styczniu nie jest zaskoczeniem, tylko obowiązkiem do przygotowania.
Jeśli pługi wyjeżdżają dopiero wtedy, gdy S7 już stoi — to błąd systemowy, a nie pech.
Kierowcy płacą za drogi, które mają być bezpieczne.
Państwo tej umowy nie dotrzymało.

